Jeśli już chcesz robić karierę, to broń Boże nie wiąż się z nikim, nie miej dzieci i ćwicz jogę (wyjaśnienie: dotyczy tylko kobiet). Taką przynajmniej tezę można postawić po lekturze październikowego Harvard Business Review.
Z reguły nudzą mnie wszystkie dyskusje na temat szklanego sufitu, łączenia kariery z życiem rodzinnym, etc. Mam wrażenie, że osoby podejmujące ten temat zawsze próbują udowodnić swoją tezę, zamykając się na prawdziwe powody i wybory rozmówców. Nie podejmuje ich, bo obawiam się, że moja asertywność przerodzi się w końcu w agresję, a tego nie chcę.
Dziś jednak, za sprawą lektury HBR, zagotowało się we mnie. Z okładki zachęca tytuł Życie zaczyna się po czterdziestce, ale na początku magazynu oddaje się lekturze artykułu Jeden z powodów dla których kobiety nie zajmują najwyższych stanowisk kierowniczych (szybko okazuje się, że jeden artykuł z drugim nie ma nic wspólnego, szczególnie jeśli się jest „typowa kobietą”). Czytam. Do czterdziestki jeszcze trochę mi zostało, wiele może się wydarzyć, zatem dobrze poznać te czyhające na mnie ograniczenia (typowa czterdziestolatka ma do czynienia z przynajmniej dwoma źródłami podwyższonej nieprzewidywalności, które są obce mężczyznom w jej wieku (sic!).
Czytam raz jeszcze. Oczom nie wierzę. Dowiaduje się, że w okolicach czterdziestki powalą mnie problemy związane ze szkołą mojego dziecka. Dodatkowo mój mózg wyprodukuje substancje chemiczne, które sprawią, że sobie z tymi problemami nie poradzę… Miało być inspirująco, jest przygnębiająco. Osłupiałam. Szczególnie, że artykuł jest opatrzony dodatkowym tytułem „szklany sufit” i jest opublikowany w kolumnie TRENDY.
W pierwszej kolejności sprawdzam, kto jest autorem – pani doktor medycyny Lozann Brizendine, autorka książki „Mózg kobiety” (jest i „Mózg mężczyzny”, ale ukaże się w 2009 roku). Pięknie.
Polemizować z przedrukiem trudno, choć dzięki blogowi mogę wyrazić swoją opinię. Wobec porażających argumentów nawet puenta wygląda słabiutko. Postanawiam, że włączę się w przyszłe dyskusje na temat work-life balance, godzenia ról i „pękającym z trzaskiem”
) szklanym suficie. Trzeba i warto, aby neutralizować argumenty o niespotykanej sile rażenia. Tymczasem wszystkim Paniom życzę wytrwałości i energii w boksowaniu się z nie zawsze lekką rzeczywistością !
Nawiązując do „work-life balance”. Kiedyś słyszałem, że o „work-life balance” mówią zazwyczaj ludzie, którzy nie za bardzo lubią swoją „work” lub mają problemy ze swoim „life”
Dla wielu firm mówienie o „w-l b” jest przykrywką dla małych grzeszków polegających na zniewalaniu pracowników do późnych godzin wieczornych („Ale Wasz work-life balance jest dla nas naprawdę ważny! Może talon na siłownię?”
).
Gdzieś w tym wszystkim zgubił się zdrowy rozsądek. Proponuję wszystkim jeszcze raz obejrzeć „Fight Club”
A ja słyszałem, że Work-life balance oznacza spędzanie na pracy tylu godzin w domu co w biurze:)
Z kolei Jack Welch twierdzi, że każdy ma taki work-life balance jaki sobie sam zorganizuje.
Prawda jak zwykle leży po środku tych wszystkich teorii / dowcipów. Z w-l balance jest chyba tak jak z rozwojem. Jeśli przyjdziemy do firmy i powiemy „rozwijajcie mnie” to może nas spotkać spory zawód. Bo najpierw trzeba chcieć.
To samo jest z work-life balance. Najpierw trzeba sprawdzić, czy dobrze się organizujemy w pracy, a potem wymagać od pracodawcy wspierania „równowagi”. Bo problem może polegać na tym, że przez 4 godziny pracownik siedzi na naszej-klasie.
BTW: Dołączam się do życzeń dla Pań z tym boksowaniem rzeczywistości!
Wg mnie chodzi o to, aby wogóle mieć „balance” (czyt. dystans) obojetnie czy work-life, life-life czy work-work