Właśnie czytam na Interaktywnie.com, że amerykańscy internauci nie ufają blogom korporacyjnym. Najbardziej ufają oczywiście swoim znajomym, a zaraz po znajomych są media tradycyjne.
Statystyki mówiące o niewielkim zaufaniu do corporate bloggingu mogą trochę przygnębiać. Oto narzędzie, które miało zbawić konsumenta od sztywnej korporacyjnej gadki i zadęcia, traci swoją magię. Cała sytuacja byłaby naprawdę smutna gdyby nie jeden szczegół, o którym również czytamy w artykule z Interaktywnie.com. Już w trzecim akapicie mamy takie zdanie:
‘Przez ostatnie kilka lat eksperci od e-makretingu zachęcali firmy do prowadzenia blogów korporacyjnych.’
Zastanawiam się jak ci ‘eksperci’ zachęcali swoich klientów? Czy mówili im, że blog to coś więcej niż narzędzie komunikacji? Czy mówili im o tym jak wielki skok kulturowy musi wykonać każda firma zanim wejdzie między bloggerów? Czy może raczej proponowali blogowanie wszystkim jak leci bo działał syndrom Mamby – „wszyscy mają mambę (bloga) mam i ja” i (nie ukrywajmy) była z tego niezła kasa?
Samo blogowanie ma być tylko konsekwencją – efektem ubocznym – zmiany kulturowej, która powinna nastąpić w firmie w związku z ewolucją jaką przechodzi cała komunikacja między ludźmi. Ta zmiana kulturowa powinna polegać na przyzwyczajaniu ludzi do OTWARTOŚCI. Właśnie tej cechy poszukują konsumenci w nowoczesnych korporacjach, a nasz raport KNOW mówi, że nie tylko w USA, ale już nawet w Polsce!
Ale wracając do blogowania… Jeśli w firmie panują autokratyczne zwyczaje, a szeregowy pracownik nie jest przyzwyczajony do dzielenia się swoimi pomysłami z szefem, albo krytykowania pomysłów tegoż szefa, to z pisaniem ciekawego bloga korporacyjnego może być ciężko. W kulturze, w której nie toleruje się krytyki trudno o dialog. A to przecież jest istota blogowania.
Nie wiem czy wspomniani wyżej eksperci od e-marketingu, którzy rekomendują wszem i wobec korporacyjne blogowanie, zdają sobie sprawę z tego czym jest kultura korporacyjna i jak wpływa na kontakty firmy z otoczeniem zewnętrznym. Stąd w USA powstawały i nadal powstają blogi – potworki, na których czytamy przedrukowane informacje prasowe, a każdy negatywny komentarz jest cięty równo z trawą.
Boję się, że tak też będzie w Polsce. Jak tylko jedna korporacja osiągnie spektakularny sukces dzięki blogowaniu, zaraz inni będą chcieli ‘zjeść Mambę’. A potem ktoś zrobi badania i okaże się, że nikt blogom korporacyjnym nie ufa. I będzie klops – biznes stracą i e-marketerzy i inni ludzie doradzający w sprawach komunikacji. Dlatego, że nikt nie edukuje, że blog to nie miejsce na darmową reklamę. Blogi są dla ludzi i powinny być pisane przez ludzi z krwi i kości. A ludzie idealni nie są. Wystarczy to zapamiętać i nagle okaże się, że korporacyjne blogowanie to doskonały pomysł:-)
Maciej! wydaje mi się że rozpocząłeś bardzo ciekawy wątek na temat blogowania w korpo. Jako „ekspert od e-marketingu” często spotykam się z zapytaniem typu”
„chcielibyśmy wziąć udział w tych społecznościach. nasz konkurent X już tam jest więc się pospieszmy!”
albo:
„o co chodzi z tymi blogami? na kiedy i za ile możecie nam to zrobić?”
Tym samym reprezentują podejście „od dupy strony” (wybacz mój francuski).
Problem polega na tym, że nikt im tego nie powie wprost. Jasne! Ja też mam czasem problemy z delikatnym i dyplomatycznym podejściem.
Więc jak to trzeba zrobić? Brand manager, jeden z drugim, i być może „ekspert od e-marketingu” muszą sobie:
1. Określić kim jest ich ODBIORCA i co robi w social media (czy oni w ogóle wiedzą co to blog?).
2. Dobrze by było gdyby określili CEL jakiegokolwiek działania (np. zebierać informację i krytykę na temat produktu i wykorzystywać ją do ulepszenia produktu)
Potem można myśleć o dobraniu odpowiedniej „technologii”. Może to być blog. Może to być „social media newsroom”. A może profil na facebooku…
Jeśli nie będzie się traktować bloga korpo jako gadżetu-który-muszę-mieć to prawdopodobnie efekty będą lepsiejsze…
właśnie się dowiedziałem, że dziś jest dzień bez przeklinania. Jeszcze raz sorry za „dupę”
@ Stempniak’ed
Wydaje mi się, że w Polsce brakuje mesjasza. Takiego Bad Boy’a branży PR / marketingowej, który walnąłby ręką w stół, napisał manifest i wyznaczył kierunek, którym wszyscy byśmy podążali jak wierne kundle:)
Wielu ludzi, wiele agencji mówiło o tym, że stare media umierają, ale niewielu bada problem głębiej zadając sobie pytanie: ‘dlaczego tak jest’? Myślę, że potrzebujemy paru szaleńców na uczelniach, którzy na oczach studentów porwą i wyrzucą do kosza książki Kotlera i Wojcik i zaczną uczyć myśleć po swojemu.
I zadawać dwa kluczowe pytania:
Gdzie są moi ludzie?
Jak Ci ludzie ze sobą rozmawiają?
A potem trzeba się „tylko” wejść między wrony i krakać tak jak one.
potrzeba nam nie tylko „bad boy’ów”. Potrzeba nam Stevów Jobsów. Potrzeba nam Gatesów, czy Sethów Godinów…
tak na marginesie polecam wystąpienie Jobsa dla absolwentów Stamford University:
http://www.youtube.com/watch?v=UF8uR6Z6KLc&eurl=http://stempniaked.blip.pl/